.jpg)
Wiem, że jestem do bani. Ja wiem.
Rozdział 30
Draco pożegnał gości i odetchnął. Nie z ulgą. Wypuścił
powietrze, by nabrać nowego i zamierzyć się do kolejnego zadania
tego dnia. Skoro miał zostać zaprzysiężony musiał powiadomić o
tym matkę. Narcyza przyjęła to ze spokojem, ale jej błękitne
oczy, których niestety nie odziedziczył, wyrażały smutek i obawę.
Nie chciała go stracić i bała się zostać sama. Nigdy nie była
samotna tak naprawdę. Choć czuła się wyobcowana niejednokrotnie,
to jeszcze nigdy nie zdarzyło się, by nie miała do kogo się
odezwać.
Całe
swoje życie przeżyła według czyjegoś scenariusza. Będąc młodą
dziewczyną zawsze żyła zgodnie z wolą rodziców. Robiła
wszystko, czego oczekiwali i była w tym dobra. Szybko odkryła
prostą radość płynącą z bycia posłusznym pionkiem. Ryzyko było
dla niej czymś obcym, chodziła tylko starymi sprawdzonymi
ścieżkami, wytyczonymi przez przodków. Wychodząc za mąż również
postąpiła zgodnie z tą zasadą. Lucjusz był młodym mężczyzną
z dobrej rodziny wybranym najpierw przez jej rodziców, później
jedynie formalnie przez nią. Był przystojny, ale też wyniosły i
chłodny. Przerażał ją osobiście, ale wiedziała, że jest silny
i stateczny, a życie przy nim będzie łatwe. Pomyliła się bardzo.
To była kara za jej tchórzostwo w życiu. Przegrała je przez
strach, który kazał jej iść po najlżejszej linii oporu. Spod
wygodnej opieki rodziców, przeszła pod opiekę małżonka, a
wszystko, co ją w małżeństwie złego spotkało, było tylko i
wyłącznie jej winą. Ta świadomość była gorzka i bolesna.
Draco
wiedział o tym i całym sercem współczuł matce, ale nie mógł ze
względu na nią, zostawić Hermionę samą. Liczyła na niego, a on
w jej uwolnieniu upatrywał swego szczęścia. Cieszył się, że
Hermiona jest zupełnie innym typem kobiety i nigdy nie pozwoli
innym, decydować o jej życiu. Czuł się o wiele bardziej spokojny.
Wiedział, że ona da sobie radę w każdej sytuacji, chociaż on
będzie daleko.
Czy
chciał, czy nie, musiał wyrzucić dziewczynę z głowy, by móc
trzeźwo myśleć.
Wciąż
pamiętał jej delikatną skórę i subtelny zapach. Jak dotykał jej
zupełnie nagiej i całował jej różowe usta... Dość! Teraz musi
się NAPRAWDĘ skupić. No przecież nie może ciągle o niej myśleć.
Tak, czy tak, to tylko dziewczyna. Prawda? Kogo on oszukiwał. To
była ta jedyna. Wiedział to tak dobrze, jak to, że już się od
niej nie uwolni i nie chce.
***
-Co
jeżeli, nie pozwolą mi na to?
-Hm...
- Josh mruknął przegryzając oliwkę – no to kupa – mruknął
kontemplując lekki posmak alkoholu przy zwykłym smaku oliwki.
-Słucham?!
- jej oburzony ton, przywrócił go do jako-takiej świadomości
miejsca i czasu.
-Chciałem
powiedzieć – zaczął dyplomatycznie – że nie powinnaś skupiać
się na możliwej porażce. - Hermiona uspokoiła się nieco, choć
nadal spoglądała na niego spod byka. Już kolejny raz siedzieli w
jej gabinecie i rozmawiali na temat dalszych planów. Tym razem Josh
wyjątkowo działał jej na nerwy. Nie tylko bezczelnie rozpoczął
samotną pijacką libację, ale zdawał się jakiś upojony już o
wiele wcześniej. Odkąd rozstał się z Caroline stał się o wiele
bardziej irytujący. Mówił bzdury, śmiał się z niej, cytował
wielkich poetów i lekceważył ich największy problem.
-Mam
brata zaledwie kilka dni, a już mam ochotę cię udusić i zakopać
w lesie – warknęła mrużąc mściwie oczy.
-No nie
rób już takiej marsowej miny, wyglądasz przez to jak facet z
przeszłością kryminalną – rzekł i na chwilę głęboko się
zamyślił nad własnymi słowami. - Nie zastanawiałaś się nad
jakimiś kokardkami we włosach? Może ewentualnie kwiatki... -
przerwał, gdy Hermiona niesiona emocjami zbyt dużymi do
wypowiedzenia podeszła do niego i z całej siły uderzyła go
książką w ramię.
-Wynoś
się stąd ty obrzydliwy pijaku! - krzyknęła do niego wskazując
wyjście.
-Au!-
wykrzyknął Josh zupełnie zaskoczony tą agresją.
-Już!
- powtórzyła zniecierpliwiona unosząc groźnie dłoń z książką.
Chłopak strachliwie wstał i wyszedł zamykając za sobą drzwi.
Hermiona odetchnęła głośno i odłożyła księgę na biurko. Nie
chciała być wobec niego tak brutalna, ale nie zniosłaby ani jednej
uwagi więcej. Po prostu doprowadził ją do granic wytrzymałości
psychicznej. Wiedziała, że w normalnej sytuacji, nie śmiałaby go
uderzyć, ale teraz... Teraz normalne w jej życiu nie było nic.
-Uf...-
odetchnęła znów, rozcierając palcami ból w skroniach. Stanęła
przy oknie i obserwowała ogród. Nie spała od wieków i szczerze
chciałby znaleźć tyle spokoju, by móc zasnąć, lecz obecnie w
jej żyłach krążyło zbyt wiele adrenaliny. Nie lubiła takich
sytuacji. Draco miał pojawić się dopiero jutro, lecz ona nie mogła
uspokoić się ani na chwilę.
Nagle z
rozmyślań wyrwało ją pukanie do drzwi.
-Proszę
– orzekła machinalnie, lecz po chwili uświadomiła sobie, że to
Josh. - Mam nadzieję, że przyszedłeś mnie przeprosić i
otrzeźwiałeś wreszcie – rzuciła w stronę drzwi.
-Proszę
wybaczyć panno Granger, lecz nie wiem, za co miałbym pannę
przepraszać, ale mogę zapewnić, że jestem zupełnie trzeźwy –
zdębiała słysząc głos o wiele niższy, cieplejszy i starszy niż
ten, który spodziewała się teraz usłyszeć. Obróciła się na
pięcie. W drzwiach jej gabinetu stał mężczyzna, którego widziała
już kilkakrotnie. Patrzył na nią z rozbawieniem. Poznała go. To
on szedł na czele, gdy wezwała Zakon i to on spoglądał na nią
tym samym zagadkowo wesołym spojrzeniem podczas wczorajszego
zebrania.
Nagle w
jej głowie zapalił się czerwony guzik.
-Panno
Hatechorne – poprawiła go z uprzejmym uśmiechem. - Może pan
wejść. Przypadkowo wzięłam pana za mojego brata – wytłumaczyła,
zapraszając mężczyznę zamaszystym gestem do spoczęcia na fotelu.
Sama zasiadła naprzeciw niego i spojrzała nań pytająco.
-Przybyłem
na wieść, że ma pani zamiar zrealizować mój plan - rzekł
bezpośrednio. Hermiona zrobiła niesamowicie zdziwioną minę.
-Słucham?
Co ma pan na myśli mówiąc, że realizuję pański plan? -
strzelała słowami w jego kierunku. Ten pozostawał niewzruszony, a
pobłażający uśmiech nie schodził z jego ust. Na oko miał
pięćdziesiąt parę lat i dużo pewności siebie. Pod pozorem
grzecznych słów i manier kryła się głęboka impertynencja –
tak jej się wydawało.
-Jeszcze
nie realizujesz, ale Caroline, brzydko mówiąc, doniosła mi, że
Draco Malfoy wkrótce dołączy do naszego grona, Joshua zostanie
pani prawą ręką... czy też głową – na końcu zaśmiał się z
własnego dowcipu. Dziewczyna patrzyła nań ze zmarszczonymi
brwiami, analizując każde słowo.
-Więc
to pan – zaczęła z rezerwą w głosie – jest osobą, która
przekazała Caroline taką wiedzę? Kim pan właściwie jest? -
Obawiała się, że jej pytania obrażą gościa, lecz na tą chwilę
nie przejmowała się jego samopoczuciem na tyle, by bawić się w
uprzejmość. Jegomość jedynie złączył opuszki palców obu dłoni
i oparł łokcie o boki fotela.
-Jestem
hrabia Carol von Merlyck, ojciec Caroline i zagorzały przeciwnik
dalszego istnienia Zakonu Trzech Głów. To ja przekazałem mojej
najdroższej córce część wiedzy, którą chciałem was przekonać
do współpracy.
Dosłownie
zaniemówiła. To jakaś podpucha? - zadało sobie to pytanie, ale
czuła, że prawda jest o wiele bardziej zaskakująca – ten
człowiek mówił prawdę.
-Jak
mogę panu zaufać? - zapytała odkładając na bok wszelkie pozory.
Teraz nie dziedziczka Hatechorna patrzyła na jego zwierzchnika, lecz
Hermiona Granger, córka dentystów spoglądała z nadzieją na
sojusznika.
-Nie
dam ci żadnej deklaracji na papierze, nie złoże przysięgi
wieczystej, ale jeżeli masz choć trochę woli walki, to staniesz ze
mną ramię w ramię i uwolnisz nas wszystkich. Zapewniam, ze
wystarczy osłabić choć jeden mały kamyk, by runął ten mur.
-W
takim razie, co mam zrobić? - zapytała zupełnie skupiona, z
pokornym głosem.
-To, co
zaczęłaś. Obsadź pozostałe dwa puste fotele młodym Malfoyem i
twoim bratem – rzekł. Hermiona straciła na chwilę dech i
ściemniło jej się przed oczyma.
-Dobrze.
Zrobię to, ale co dalej? - jej zimne usta same się poruszały,
niczym dwa obce kawałki mięsa na sznurkach kogoś innego, jakiegoś
nieznajomego lalkarza. Zaczęła działać w trybie robota.
-Wtedy
spotkamy się w jakimś bezpiecznym miejscu i zdradzę ci szczegóły
rytuału, który opracowałem, wraz z twoim ojcem.
-J- jak
to? - zapytała marszcząc brwi. Jej „ojciec” miałby opracować
coś, co miałoby skończyć z jego potężną organizacją? Ten
element wyjątkowo śmierdział czymś nierealnym.
-Rozumiem,
że to mogło cię zdziwić – zaczął dyplomatycznie – jednak
warto byś dowiedziała się kilku faktów z ostatnich lat życia
Hatechorna. Już lata temu chciał rozwiązać zakon, ale jego
członkowie na wiadomość o zagrożeniu utracenia wpływów w
świecie zewnętrznym, zdecydowanie się sprzeciwili. Pozostali
przywódcy również. Wtedy zaczęliśmy pracę nad czymś, co
mogłoby nam to umożliwić, bez zgody 100% Zakonu. Rytuał. Jednak
mimo że udało się zredukować liczbę potrzebnych głosów „za”,
potrzebnych do przeprowadzenia go skutecznie, nadal potrzebujemy
zgody wszystkich trzech Głów.
-To
dlatego... - szepnęła z rosnącym poczuciem obrzydzenia gdzieś w
żołądku.
-Tak
jest. To dlatego jesteście na świecie i panno Granger, cokolwiek o
tym myślisz, jednak wypełnisz zadanie, dla którego się urodziłaś.
Prawda?
-Tak...
- odpowiedziała słabym głosem, jakby z zaświatów – zrobię to,
ale tylko ze względu na Josha Nie na niego.
Zapadła
cisza. Sir Carol obserwował uważnie jej twarz. Musiał przyznać,
że mimo wyraźnej nienawiści do Richarda, miała z nim wiele
wspólnego. Oboje tak samo unosili się dumą i obojgu wyrzeczenia
nie były obce. Teraz dziewczyna wstała i podeszła do okna, patrząc
w dal, na rozległe geometryczne ogrody. Wodziła wzrokiem po
alejkach i zieleniach. Zauważyła gdzieś w dali samotną postać
ogrodnika i uderzył ją kontrast pomiędzy tym małym, zgarbionym
człowiekiem, a nieskończonymi połaciami ujarzmionej przez niego
przyrody. Tylko on i kilka narzędzi, doprowadziło chaotyczne z
natury drzewa i krzewy do matematycznej symetrii i porządku. Poczuła
się teraz takim właśnie, pozornie bezradnym, ogrodnikiem z parą
nożyc w dłoni i samym sobą. Musiała dać radę. I da.
Merlyck
patrzył na jej postać na na tle zachodzącego słońca i
francuskich ogrodów. Miała w sobie dużo majestatu i coś, co
sprawiało, że wydawała się o wiele silniejsza, niż powinna. Po
raz kolejny uwierzył, że ich plan może się powieść. Mężczyzna
jeszcze raz zastanowił się głęboko, czy przypadkiem nie okazuje
się bardziej naiwny od tych biednych dzieciaków. Bo przecież to on
w ich wierzy.
***
Po raz
kolejny wstawała z łóżka, by coś zrobić. No właśnie. Tylko
co? Nie miała w tej chwili absolutnie nic do zrobienia. Siedziała
dość wczesnym wieczorem w sypialni, otoczona cichymi i jakże
obcymi jej meblami. Te wszystkie drogie rzeczy, piękne i nie
pasujące do jej świata, dawały jej poczucie niestałości. Miała
wrażenie, że jest tu tylko na chwilę by załatwić ważną sprawę
i szybko odejść. No i było to po części prawdą, ale całościowo
wyglądało to zgoła inaczej. Można rzec, że chwila ta
prawdopodobnie sięgnie o wiele dłuższego okresu, niż zwykliśmy
oczekiwać wymawiając to słowo. Chwila to przecież kwadrans, albo
dwa, ewentualnie godzina, a na pewno nie dni i tygodnie. Każdy musi
spać, ale nie można przecież zasnąć w stanie ciągłego
zdenerwowania i poczucia pośpiechu, a takie właśnie spłoszone
uczucie mieszkało w głowie Hermiony. Nie potrafiła osiągnąć
psychicznego stanu względne równowagi i wyciszenia.
Josh
może sobie mówić, by poszła spać, ale jej ciało nie słucha
jego życzliwych rad i ciągle nie pozwala jej zapaść w sen. Nie
odpoczywała tak długo... Dwa dni? Może trzy... zresztą, kto by
liczył. Faktem było, że dłużej tak być nie mogło. Przedmioty
wypadały jej z rąk, kręciło jej się w głowie, a cera nabrała
kredowo-białego odcienia, co było dość niepokojące. Hermiona
potrzebowała snu, jak każde żyjące stworzenie na tej planecie.
Skoro
już wstała, podeszła do magicznego dzwonka na służbę. Uderzyła
nim jednokrotnie i już po chwili usłyszała pukanie do drzwi swego
saloniku. W progu pojawiła się kobieta w średnim wieku z uprzejmym
pytaniem „Czego sobie panienka życzy?”. Najwidoczniej nie miała
nic przeciwko takiemu wołaniu jej, niczym tresowanego psa, bo
spoglądała na dziewczynę ze spokojnym uśmiechem na ustach.
Hermiona poczuła się zakłopotana. Gdyby ktokolwiek raczył jej
powiedzieć, gdzie jest kuchnia, sama by się obsłużyła.
-Poproszę
o napar nasenny z korzeniem imbiru, o ile nie jest to problemem –
rzekła bez zbędnych wstępów.
-Ależ
oczywiście, że to żaden problem – odpowiedziała z uśmiechem
kobieta. - Zaraz ktoś się zjawi i go panience przyniesie. Czy coś
jeszcze mogę dla panienki zrobić? - Hermiona odmówiła i
podziękowała z góry za ziółka.
Gdy już
siedziała w jedwabnych pościelach z filiżanką gorącego naparu o
boskiej woni ziół, poczuła się trochę lepiej. Pomyślała, że
chyba należy jej się choć kilka godzin snu. Przecież nie zrobi
nic będąc wyczerpaną, pozbawioną energii kukłą. Musi po prostu
zamknąć oczy i postarać się zapomnieć na tyle, by zasnąć.
Poskutkowało.
Już kilka minut po tym zgasiła światło, przykryła się szczelnie
kołdrą i ściskając jedną z większych poduszek zasnęła śniąc,
że to w jego ciepłych objęciach zasypia i jego woń ją do snu
kołysze. Tak, czy inaczej, zmorzył ją głęboki ożywczy sen.
***
Draco
leżał w pokoju gościnnym i patrzył nieobecnym wzrokiem w sufit.
Czuł lekki chłód na gołej klatce piersiowej, ale zawsze lubił
zimno, toteż nie przykrywał się szczelniej. Jego puste, szeroko
rozwarte oczy lśniły w słabym poblasku księżyca w trzeciej
kwarcie, który wkradał się do wnętrza przez cienki materiał
zasłonek. Nie mógł się pozbyć uciążliwych myśli i jeszcze
bardziej nieznośnych pytań, mnożących się w jego głowie.
Zamiast
spać, leżał tu, w sypialni dla gości, tylko na jedną noc. Jutro
zaczyna nowicjat i zamieszka na ten czas tam. Tymczasem był
teraz we własnym domu, ale... jak obcy. Od dawna nie
doświadczał bezsenności. Dotychczas zaczął sądzić, że to go
nie dotyczy. Teraz zmienił diametralnie zdanie. Byłą już późna
noc i choć leżał bez ruchu już kilka godzin, jego serce i myśli
galopowały jak szalone nie pozwalając zmrużyć powiek.
Był
cały w kawałkach i obawa, że nie zdąży się pozbierać do świtu,
była dojmująca. Był niemalże pewien, że gdy pierwszy promień
słońca wpadnie do tego pokoju, on będzie musiał przyznać, że
nie jest gotowy. Nigdy nie będzie. Tak naprawdę nigdy nie mógłby
przygotować się na coś takiego. Merlin jeden wie, że gdyby nie
Ona, to miałby naprawdę gdzieś losy Zakonu i jakieś czarne
rytuały. Sprzedałby klejnoty, odblokował skrytkę bankową ojca,
kupił mamie małe mieszkanko i zaczął pracę po napisaniu OWUTEMÓW
w awaryjnym terminie, o którym mówiła McGonnagall. Postawiłby
siebie i matkę na nogi. Świat stałby się piękny. Narcyza mogłaby
otworzyć małą kwiaciarnię, albo zielarnię. Mogłaby odpocząć i
nawiązać nowe kontakty. Dobrze by jej to zrobiło- tak przeczuwał.
Jednak
nie winił Hermiony. Nie była jego przeszkodą do spełnienia
marzeń. To ona była jego marzeniem. Wiedział, że sama nie chciała
go w to wplątywać. Nie chciała go prowadzić tą stromą ścieżką,
ale on sobie nie dawał wyboru. Tam, gdzie ona- tam on. Czy chciał,
czy też nie. Jego serce należało do niej. Podążyłby za nią
wszędzie. Nawet na spotkanie wściekłemu stadu smoków. Nawet na
pewną śmierć.
To tyle
jeżeli chodzi o jego zdrowy rozsądek i zimną kalkulację.
Niech
spoczywają w pokoju.
***
Poranek
nie należał do miłych. Owszem, odpoczęła, ale nie miała czasu
by o tym myśleć. Gdy tylko otworzyła oczy, machinalnie wstała,
ubrała się w świeżą koszulę i czarne, wyprasowane w kant
spodnie. Śniadanie podano jej w wielkiej sali stołowej. Przy jednym
z dwóch podłużnych stołów na sto osób,siedziała sama jedna.
Cała wschodnia ściana podłużnego pomieszczenia była przepruta
wielkimi arkadowymi oknami, a światło wpadające do środka
potęgowane było przez wielkie lustra gęsto rozmieszczone w górnej
części ściany przeciwnej. Dodatkowo światło dnia i światło
odbite tańczyło na podwieszonych na wysokim kasetonowym sklepieniu,
kryształowych żyrandolach. Każdy z nich zdawał się opadać
niczym ogromna ażurowa, lekka niczym firanka, pajęczyna ozdobiona
kroplami rosy. Pośrodku tej świetlistej gry siedziała drobnej
budowy brunetka, której życie osiągało właśnie, kolejny już
raz, moment kulminacyjny. Jej serce biło mocno w piersi, a dusza
krzyczała, chcąc się wyrwać.
Podniosła
oczy znad srebrnego talerza i wpatrzyła się w tysiące srebrzystych
odłamków jasności, które mieniły się barwami tęczy. Miała
wrażenie, że każde z tych jasnych bytów to ostry odłamek prawdy,
szczęścia i spokoju, które strzaskała dawno temu, dokonując
kolejno wszystkich swych wyborów. Te piękne wartości, niczym cenna
waza, spadły przypadkiem z komody i roztrzaskały się z hałasem na
miliony małych drobin, które nie mogły już nigdy tworzyć tej
samej całości. Nawet gdyby poświęciła resztę życia w
warsztacie na sklejanie ich razem, zawsze pozostanie jakiś mały
fragment, który zrani ją w serce, gdy straci czujność.
Wreszcie
wybiła dziewiąta. Czas udać się po gościa dnia.
Pierwsza!!
OdpowiedzUsuńBoże, Ty piszesz, że jesteś do bani, rozdział jest do bani, a Jezu.... jest mega. Niby nic się w nim nie dzieje, niby przeważają w nim opisy, ale kurde jakie są te opisy. Ogólnie ten rozdział ma taki charakter refleksyjny i to mi się w nim bardzo podoba. Naprawdę, pokłon w stronę Twoich zdolności pisarskich. Chciałabym umieć pisać z taką lekkością, i używac przy tym takich porównań. Twoje porownania są najlepsze.
UsuńKiedy oni się spotkają. :C
Czekam na kolejny rozdział!
M.
Świetny, po prostu niesamowity.
UsuńGratuluję wyobraźni:-)
Pozdrawiam.
Genialny! Czekam na kolejny i życzę weny :)
OdpowiedzUsuńChcę nowy rozdział! Halo! :D
OdpowiedzUsuń